Sztuka absurdu według Ultimate Mr. Nice Guy – część druga

W pierwszym wpisie o ekstremalnym Panu Mr. Nice Guy nakreślony został ogólny obraz warunków stworzonych w biurze. Trzeba mieć na uwadze że, przytoczone wypowiedziane kwiatki zdarzały się raz na jakiś czas na przestrzeni kilku lat, ale zebrane razem pozwoliły na zidentyfikowanie syndromu Milutkiego.  Wszystko jednak miało jeden wspólny mianownik , mający na celu nękanie dla rozrywki oraz jak to mówił “przyduszenia” ludzi.  Kolejny raz zostało to potwierdzone opowieścią z życia w postaci Pana Konstantego. Przy okazji może dziwić taki zestaw wielu wątków, ale ponieważ jest to wyjątkowy przypadek, wręcz nie kryjący się swoim światopoglądem odnośnie metod zarządzania, dlatego warto uzmysłowić co się dzieje w głowie takiej osoby. Co więcej czasem K powtarzał, że przykładowo program Kuchenne rewolucje jest świetny do nauki jak postępować z pracownikami… Zdanie za każdym razem powiedziane z pełnym przekonaniem, co zresztą często potwierdzało się wybuchowym charakterem samego Pana K oraz jego nieobliczalnością.

Pan Konstanty był wykonawcą robót budowlanych w domu naszego bohatera, ponieważ jak zwykle był niezadowolony, zaczął stosować swoje strategie, aby przyjechał ponownie coś pozmieniać. Z satysfakcją mówił, że dzwonił codziennie bez powodu, pytając się o jego zdrowie oraz wieści co u niego słychać. W końcu wykonawca mu przekazał, że nie może tego znieść i spytał wprost o co chodzi. Wtedy K ujawnił, że trzeba coś jeszcze poprawić. W normalnym świecie ludzie starają się komunikować wprost, bez gierek, bo szkoda im zwykle czasu oraz energii. W tym wypadku była to okazja do kolejnego eksperymentu oraz chwalenia się warszawskiej części zespołu do czego jest się zdolnym. Faktycznie później K powracał do tej zabawy wydzwaniając do pracowników po godzinach pracy z jakimiś pierdołami, co zresztą później sam wytłumaczył: “aby ktoś czuł jego oddech”. W takiej sytuacji większość wyłączała służbowy telefon. Jednak nie zrażony K dzwonił dalej, tym razem na prywatny numer, który miał oczywiście z cv aplikującej osoby. Ignorowany wysyłał sms-y, Ponownie przemilczany potrafił je specjalnie przesłać po godzinie 22 lub o 5-tej rano. Kolejnego dnia, gdy nie uzyskiwał odpowiedzi pytał się czy dana osoba czytała jego wiadomość… Przy okazji warto wspomnieć, że ta paranoja konsekwencji własnych działań, gdy już się kogoś uczepił przeradzała się czasem w kompletne kuriozum, gdy np. potrafił czekać na daną osobę by coś jej przekazać w dziwnych miejscach. Szczytem była sytuacja jednego z pracowników, który poszedł na dwójkę. Wyszedł z kabiny toalety i zobaczył czekającego na niego Pana K. z kolejną arcy ważną sprawą… Dokładnie, czekał cały czas pod kabiną, a podwładny nic o tym nie wiedział. Zresztą często pytał zespołu, gdy wszyscy siedzieli przy biurkach, czy jego przełożony wyszedł już z łazienki, bo ma coś mu ważnego do przekazania. Co z tego, że toaleta była sporo oddalona oraz ledwo widoczna na open space, show musiał być prowadzony dalej.

Według zasady kropli drążącej skałę, K czasem pilnował się aby zanadto nie przesadzić, dozował ten cyrk. Mimo wszystko skumulowane gierki oraz zachowania doprowadziły do zgłoszenia nienormalnych warunków pracy działowi HR podczas anonimowej oceny managera. W zasadzie na tym etapie praca była mordęgą i nie było lepszego wyjścia. Jak się można domyślać pójście tą ścieżką ukazało kolejne patologie w tej dziwnej organizacji. Mr. Nice Guy w takiej sytuacji biorąc pod uwagę uszytą wkoło dobrą opinię przyjął rolę ofiary własnego zespołu, który sam oczywiście mobbinguje. Wyżyny absurdu zostały osiągnięty kolejny raz. W praktyce musiał umówić się z kimś wyżej aby ukręcić sprawie łeb, a sam dla nie poznaki zaczął niby “pracować nad sobą”. Wszystkim wkoło została przekazana informacja, że czuje się strasznie dotknięty tymi złymi opiniami. Nawet część warszawska czasem słyszała z innych działów pytanie: “Co zrobiliście z naszym K. (zdrobnione imię podkreślające niewinność tej osoby)”. Na pewien czas był względny spokój, ale jak zwykle w takich wypadkach była to cisza przed burzą. Interesująca jest postawa działu HR, który chętnie co prawda wysłuchał wszystkich historii niszczonych pracowników, ale przystał na program naprawczy przełożonego, bez jakichkolwiek dla niego konsekwencji. Później okazało się, że kadry prowadziły dziwną grę, gdzie same bały się coś zrobić, bo ciężko było ruszyć beton, a zwolnić dociekliwe Panie z HR jest już o wiele łatwiej. Podsumowując cyrk został pozostawiony sam sobie, używane taktyki zostały stonowane, z drugiej jednak strony stały się bardziej wyrafinowane.

K. wymyślił sobie że ta praca nad sobą będzie dobra okazję do kolejnego pognębienia ludzi tym bardziej, że wiedział jak nikt nie lubił  rozmowy z nim jeden na jeden. Po pierwsze nigdy nie patrzył w oczy danej osoby tylko dziwnie wodził wzrokiem na wszystkie strony co bardziej potęgowało nieufność. Po drugie wymyślił sobie exella, gdzie zapisywał co kilka dni opinię o nim własnych pracowników. Zapraszał kolejną osobę i pytał się czy ma coś do niego, czy lepiej się z nim pracuje itd. Z jednej strony miało to na celu danie kadrom czegokolwiek by mieć podkładkę pod ta “pracą nad sobą” z drugiej starał się znaleźć kto co mógł złego o nim napisać. Instruował również aby wszelkie rzeczy załatwiać wewnątrz biura, żeby nic nie wychodziło dalej. Chciał być sędzią we własnej sprawie, kolejnym razem przekraczając granice absurdu. Dodatkowo wypytując o różne sprawy instruował oraz naprowadzał przesłuchiwane osoby na sprzyjające mu tory myślenia, kompletnie nie słuchając co się do niego mówi. Zatem od mikro zarządzania pracą przeszedł w próbę zarządzania tym co dane osoby o nim myślą. Często również starał się skłócić podwładnych wymyślając, że osoba A powiedziała mu na temat osoby B i on to przekazuje jej w tajemnicy. Wszystko to miało na celu rozbicie zespołu, aby nikt mu nie mógł zagrozić, w szczególności tej szytej przez lata dobrej opinii, którą sam wykreował niszcząc własnych ludzi. Przy kolejnej ocenie zresztą groził aby “nie robić dziecinady” oraz stworzył aluzję według której jeśli pojawią się ponownie informacje o mobbingu to część osób może być niepewna swojego zatrudnienia. Co ciekawe wielokrotnie skarżył się innym działom na nielojalność własnych pracowników. Niesamowite, ale w jego mniemaniu miała polegać na pogodzeniu się z ich gnębieniem. Na tym etapie cyrk zaczął ewoluować w coś naprawdę chorego. Mimo wszystko nikt nie żałował zgłoszenia tych patologii, mimo że przy kolejnej ocenie pracowników część warszawska w zemście miała obniżoną ocenę oraz premie. Oczywiście krakowska nigdy takiej sytuacji nie miała. Był tez pewien szczególny przypadek, jeden z pracowników warszawy usłyszał wprost, że ma niższą ocenę ponieważ wziął urlop tacierzyński….

Któż by pomyślał, że tak rozwinie się sytuacja w krótkim czasie, tym bardziej że z początku wydawało się, że jest to naprawdę dobry szef. Była to ciekawa strategia na skrócenie dystansu oraz zaskarbienie sobie szybko pozytywnej opinie o sobie. K. bardzo chętnie dzielił się swoimi historiami z życia oraz wyciągał informacje z swojego pracownika. Później jednak wykorzystywał je do niewybrednych komentarzy czy pouczania co dana osoba powinna zrobić w jakiejś sytuacji. W ogóle przekonanie o własnej nieomylności oraz byciu pewnym wzorem świadczyła o niedowartościowaniu ego. Co ciekawe często w prostych sytuacjach cała ta strategia się waliła, gdy nie szło coś po jego myśli. Przykładowo na początku, gdy jeszcze zespół wspólnie szedł na obiady i starał się jakoś normalnie funkcjonować, powstała dziwna sytuacja. K szedł z przodu opowiadając swoje historie, a za nim podążała reszta. Na pewnym etapie rozmów jak to w życiu bywa ludzie zaczęli konwersować między sobą. K w pewnym momencie stanął, wkurzył się że nie wszyscy go słuchają, ostentacyjnie obrócił się na pięcie i poszedł do firmy. Na koniec rzucił, że nie będzie rozmawiał jeśli nikt go nie szanuje… Potrzeba pełnej uwagi, wręcz totalnie zaabsorbowanej widowni była jakimś nieporozumieniem, ale według niego bycie liderem właśnie na tym miało polegać. Zresztą każde wspólne wyjście i tak wyglądało tak samo, gdzie wszyscy musieli kolejny raz słuchać tych samych opowieści. W końcu wszyscy przynosili własne jedzenie, aby można było ładnie odmówić zaproszenia na obiad. Potrzeba przywództwa wynikała zapewne z poczucia pewnego niepowodzenia po odejściu poprzedniej grupy pracowników z warszawy zanim pojawiła się nowa grupa, w tym Julia oraz Karol. Odeszły wtedy w jednym roku 4 osoby. Oczywiście nie widział K problemu w swoich gierkach tylko co najwyżej pewnych brakach, gdyż cała reszta była w końcu “idealna”.

Z biegiem czasu wszelkie gierki się zintensyfikowały w miarę coraz większego poczucia bezkarności, gdy jego ocena została zignorowana. Coraz częściej pojawiały się dziwne zadania, nawet takie, które nie realizowały celów firmy czy wręcz naruszały jej regulamin. Sprytnie były wysyłane nie z poczty firmowej, ale z prywatnego maila K. na gmailu.  Pozwalało to na ewentualne wyparcie się, że coś się takiego wogóle wysłało. Z drugiej jednak strony było słowne odpytanie o status zadania z gmaila. Raz nawet jeden z pracowników musiał odmówić, gdyż jego wykonanie równałoby się z złamaniem tylu przepisów, że szkoda nawet wymieniać. Nikt wcześniej nie słyszał takich wrzasków K podczas kolejnego przesłuchania, ale na tym etapie pewnej nieobliczalności nikt nie miał zamiaru wpuścić się w maliny oraz kolejną intrygę. Tak wyglądała praca jak na polu minowym, gdzie przełożony stosował “zamordyzm”. Później już bez kozery opowiadał, że: “zrobi pracownikom specjalne swetry z logo systemu, więc jak pojadą do klienta wszyscy będą wiedzieć, że robol przyjechał”. W sumie miał sporo czasu na wymyślanie takich rzeczy bo często powtarzał zdanie: “jak zrobić, aby się nie narobić”…

Na tym etapie druga fala pracowników w tym cyrku powoli zaczęła się wykruszać co było jedynym ratunkiem. Kolejny szczyt jednak musiał być zaliczony, a posłużył ku temu nowy pracownik zatrudniony z pośredniczącej firmie w rozliczeniu godzinowym. K, gdy zaskarbił sobie jego przychylność co było dość proste zważywszy, że decydował o jego zarobkach w ujęciu miesięcznym, zaczął traktować go jako bufor w gnębieniu swoich podwładnych. To dopiero był majstersztyk. Zachęcał go do obrażania własnych  ludzi, gdy sam to również robił konwersując w z nim w mailach. Początkowo pracownicy nie zdawali sobie z tego sprawy i prosili o pomoc K. w dziwnym zachowaniu nowej osoby. Kunszt polegał na tym, że K pozycjonował się na rozjemcę dalej zachęcając do obrażania podwładnych, a samemu uchodząc za troskliwego przełożonego. Wszystko wyszło na jaw, gdy przypadkiem ktoś zauważył w długim wątku podesłanej bezmyślnie konwersacji co naprawdę myślą o zespole. Oliwy do ognia dolewał fakt tworzenia ciągłej sytuacji zagrożenia przez K poprzez obiecywanie na około, że coś będzie zrobione w nierealnym terminie. Nie obchodziło go, że pracownik nie jest w stanie tego dostarczyć ze względu na szereg rzeczy, zwykle brak zasobów. Liczyło się aby zajechać kompletnie taką osobę, co więcej potrafił również dodawać kompletnie niepotrzebne wymagania, które nie miały sensu, ale zwiększały nakład prac tworząc zadanie tym bardziej niemożliwym do realizacji. Dodajmy do tego odpytanie co chwila, chodzenie za plecami z wrzeszczeniem do telefonu, chrząkaniem oraz zbieraniem ostentacyjnie flegmy, charszczeniem i mamy codzienny obraz warunków pracy.

Na koniec jawi się typowo dziecinne pytanie, dlaczego? Co takiego musi być w danej osobie, aby tak się zachowywała? Przytoczony eksperyment więzienny sporo tłumaczy, ponieważ posiadając kompletną władzę nad grupą ludzi bez jakichkolwiek granic ich niszczenie staje się pewną formą zabawy, ujścia czystego zła, własnych problemów, szczególnie osobistych. Często jest to również forma rozrywki z nudów. Jest to jeden z powodów dlaczego oddanie komuś zespołu doskonale pokaże cechy charakteru, czasem pozytywne, ale w dużej mierze i negatywne. Miejmy również na uwadze często stosowana strategię Mr. Nice Guy polegającą na niszczeniu osób wokół siebie, ich dołowaniu, aby na ich tle się wywyższyć.

Oczywiście opisana historia jest kompletną patologią, której rozwój nikt nie zahamował na przestrzeni wielu lat. Co więcej pozwalano aby nowe grupy pracowników przychodziły i były poddawane eksperymentowi bez jakichkolwiek konsekwencji, w nadziej że tym razem się uda. Takie zachowanie, wielokrotnie ponawiane oczekując ślepo pozytywnego rezultatu przez Einstaina już dawno temu nazywane było szaleństwem w jednym z jego słynnych cytatów.

Z racji specyfiki tematu oraz wyjątkowości samego bohatera jak i warunków w których rozwinął swój syndrom Nice Guy, jesteśmy w stanie w praktyce zobaczyć jakże destrukcyjne jest to podejście w ramach relacji między ludzkich. Milutcy nie dopuszczają krytyki na swój temat, kreują rzeczywistość wokół siebie manipulowaniem czy wręcz siłą. Pół biedy jeśli jest to znajomy czy ktoś na równi w zespole, gdyż można taką osobę zignorować. Jeśli jednak jest przełożonym to mamy gotowy przepis na potencjalną tragedię. Trzeba przyznać, że intrygi, manipulacje oraz wypowiedzi zostały przez K podciągnięte do pewnej rangi sztuki. Chorej, ale ileż to energii poszło na to by wykreować cały ten alternatywny świat wokół siebie i co ważniejsze, w niego uwierzyć. Ci jednak, którzy nie zgadzali się na bycie trybikami toczącego się absurdu musieli uciekać z tego zespołu dając miejsce kolejnym nie świadomym niczego osobom. Trochę przypomina to wszystko słynny film “Szkoła Budiego”, ale tam przynajmniej była na końcu jakaś nagroda. W tym wypadku była od początku do końca jedna wielka patologia. Na szczęście część warszawska ma już spokój, ale trzecia fala narybku do cyrku jest ponoć kompletowana, szaleństwo będzie miało zatem ciąg dalszy…

Na koniec jeszcze jeden bonus dla wytrwałych. Chyba te opowieści nie będą miały końca. Pewnego dnia uradowany K przybiega z poranną historią i mówi, że jego małe dziecko musiało dostać mleko, a nie było mamy czy czegokolwiek w lodówce. Pyta się zespołu co by w tej sytuacji zrobili? Jak zwykle lejąc na odpowiedzi oznajmił że poszedł do sąsiadki, która też nie dawno urodziła i nakarmiła jego dziecko…  Wiem, że ciężko to sobie uzmysłowić, ale niech to pozostanie jako podsumowanie oraz kwintesencja tej paranoi. W zasadzie wypadłoby to wszystko w końcu zamknąć oraz zakończyć, dlatego podsumuję jednym zdaniem wypowiedzianym przez bohatera filmu “Grand Budapest Hotel” mając w myślach ten cyrk, “pies to jebał”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *