Sztuka absurdu według Ultimate Mr. Nice Guy – część pierwsza

Trudno nazwać sztuką często spotykane januszowe prostactwo, butę, mobbing czy zwykłe chamstwo. Jest jednak w pewnej firmie wyjątkowa osoba, której pomysłowość wyniosła buractwo na niespotykane dotąd wyżyny.

Hitchcock mawiał, że każdy film powinien zacząć się od trzęsienia ziemi po którym napięcie ma już tylko rosnąć. Ten tekst jest scenariuszem napisanym przez życie, aby jednak zachęcić do czytania zaczniemy od pewnego cytatu głównego bohatera, czyli Pana K. : “Jest taki dzień w roku, w którym nawet spowiadającemu się mordercy daruje się wszystkie popełnione grzechy”. To zdanie wypowiedziane z pełną powagę oraz przekonaniem nie padło dla żartu, raczej było rzadkim, bezpośrednim upustem żółci pozwalającym na zrozumienie u podstaw jego moralności.

Na początku lat 70-tych Zimbardo przeprowadził słynny więzienny eksperyment (Stanford Prison Experiment) będący symulacją działania zakładu karnego. Rolę strażników oraz skazanych pełniło starannie wyselekcjonowanych 24 studentów bez kryminalnej przeszłości, będący w dobrej kondycji psychicznej. Eksperyment został bardzo szybko przerwany, bo już szóstego dnia. Wielu strażników wykazywało satysfakcję w poniżaniu oraz znęcaniu się nad przetrzymywanymi osobami. Cel eksperymentu Zimbardo pokazał, że nawet zwykli, normalni ludzie mogą mieć tendencje do okrutnych zachowań, gdy są bezkarni. Niestety ten eksperyment powtarzany jest codziennie w wielu miejscach na świecie i doskonale tłumaczy opisane niżej wydarzenia.

Według mnie nic tak nie pokazuje charakteru danej osoby jak danie jej władzy nad grupą np. pracowników, bądź dużej ilości pieniędzy. Oba dobra niosą ze sobą wielką odpowiedzialność i w pewien sposób uwydatniają jak szkło powiększające potencjalne negatywne cechy, które zwykle są niewidoczne lub uśpione.

Pan K. to osoba wielu kontrastów, posiadająca cechy Mr. Nice Guy doprowadzonych do absolutnego ekstremum. Co ciekawe jest dowodem, że zwykle nie działające strategie Milutkiego dzięki posiadanej kontroli oraz pozycji siły zaczynają przynosić zamierzone efekty. Jest to jednak tymczasowy wynik okupiony wieloma negatywnymi konsekwencjami. Przykładowo, w tej dużej firmie staż trwa średnio 5 lat, ale w biurze głównego bohatera co najwyżej 2,5 roku. W ciągu ostatnich 4 lat uciekło z niego 6 osób. Jest oczywiście na to jego wytłumaczenie według zasady naginania rzeczywistości dla osobistej korzyści. Mianowicie, “pracownicy odeszli bo tak wiele się nauczyli, że otrzymali stanowiska kierownicze w innych firmach”.  Co ciekawe nikt z działu HR nie weryfikował tych rewelacji co potwierdza, że pewne patologie mogą się rozwinąć tylko w odpowiednich warunkach.

Nawet rozmowa kwalifikacyjna zwiastowała, że coś jest nie tak, gdzie głównym tematem były sprawy osobiste kandydatów jak plany życiowe, w szczególności związane z ożenkiem. Naturalne jest w takiej sytuacji powstanie pierwszych barier oraz rezerwy wobec przyszłego szefa, ale cóż dobre warunki zachęcają do zaryzykowania nowej pracy. Julia już pierwszego dnia przekonała się o uprzejmości Pana K. , gdy potrzebne było zdjęcie do identyfikatora. Jegomość zrobił fotki lustrzanką i przystąpił do obróbki w photoshopie jak prawdziwy profesjonalista. Drugi nowy pracownik Karol nie mógł się sam poznać na wynikowych fotkach, więc wysłał do recepcji jakieś własne, stare. Julia natomiast usłyszała od K. zdanie, że: “musiałem poprawić trochę włosy, bo wiesz, masz dużą głowę”. Z jej wyglądem wszystko jest ok, ale komentarz, który był powiedziany na open space w pierwszy dzień pracy pozostawiał spory niesmak. Na piętrze było około 70 osób, a poszczególne biura siedziały obok siebie z rzędami biurek zwróconych ku sobie. Takie działy po 6 osób wraz z przełożonymi, gwarantowały sprawniejszą pracę, ale czasem hałas był dość spory od rozmów oraz telefonów. Oczywiście dziwny charakter K. był wszystkim znany, ale starzy pracownicy traktowali go jako niecodziennego, zakręconego dyrektora, natomiast z jego pracownikami woleli mieć jak najmniej wspólnego.

K. wypracował ciekawą strategię odsunięcia swoich podwładnych od reszty departamentu. Nieformalnie biuro było oddzielną jednostką wraz z dziwną atmosferą izolacji od całego otoczenia. Wszyscy z zewnątrz woleli kontaktować się tylko przez dyrektora, który działał jako jednostka biznesowa dostarczająca rozwiązania w postaci aplikacji B2B dla innych działów. Dzięki temu z biegiem lat wytworzyła się niepisana zgoda na dowolność w prowadzeniu jego biura oraz pewna autonomia, gdyż inne komórki były odciążane w dużej części ze swojej pracy. Inaczej mówiąc towarzystwu było na rękę udawanie, że tej patologii nie ma, ponieważ również byli jej beneficjentami. Zresztą nowi pracownicy pojawiali się i znikali tak szybko, że było to dla nich bez różnicy. Wiedzieli, że na długo nie zostaną. Prowadziło to do wręcz zabawnych sytuacji, kiedy biuro nie było zapraszane na jakieś spotkania departamentowe, czy nawet błahe uroczystości np. urodziny pracowników z innych działów. Śmieszne, ale tak to wyglądało. tym bardziej, gdy takie eventy odbywały się kilka metrów od pominiętych osób. Cały open space zgromadzony w jednym miejscu, prócz pewnej enklawy. Przez to również wszelkie ważne informacje z czapy firmy były przekazywane tylko bezpośrednio przez K. Tutaj oczywiście objawia się również niepisana umowa o której można się tylko domyślać między Milutkim, a osobami wyżej, bo jak później się okaże ten specjalny status nie był wyłącznie poza departamentem, ale nawet regulaminem firmy czy w pewien sposób, prawem pracy. Taka eksterytorialna wysepka, którą nikt się nie interesuje, a w środku dzieją się chore rzeczy. Prawdziwy majstersztyk.

Komplet pracowników składał się z części warszawskiej oraz krakowskiej. Razem jakieś 12 osób. Codziennie o 9.30 był wspólny call według niby scruma, gdzie omawiało się bieżące sprawy. Natomiast raz w tygodniu była dłuższa rozmowa na której każdy tłumaczył K. co robił w poprzednim tygodniu i co ma zamiar w następnym. Potrzeba rozeznania co się dzieje w zespole jest czymś normalnym, gorzej jeśli zaczyna zamieniać się w mikro zarządzanie wraz z nadgorliwym rozliczaniem. Ta cecha charakteru, potrzeba kompletnej, władzy oraz wiedzy o kimś potwierdziła się kiedyś w opowiedzianej historii przez Pana K. Chełpił się przy biurku, że na studiach prowadził sieć w akademiku i obserwował ruch między komputerami. Wyłuskiwał hasła, które w owym czasie nie były szyfrowane podczas logowania co pozwalało mu na czytanie poczty innych studentów z skrzynek popularnych portali. Ten przypływ szczerości podniósł jeszcze bardziej niewidoczną gardę warszawskiej części zespołu. Tym bardziej, że nie było przy tym żadnego zażenowania. Szczęśliwy był w tej sytuacji zespół krakowski, przygarnięty przez K. kilka lat wcześniej, nie dość że nie mieli z nim do czynienia na codzień, to jeszcze widać było tą wdzięczność oraz wzajemną symbiozę w wykorzystaniu części warszawskiej. Nie ma co mieć żal do tych ludzi, korzystali zawsze z najlepszych premii oraz nagród, takie życie. Personalnie byli w porządku, ale nie dało się im w takich warunkach w pełni zaufać, tym bardziej, że szeptali K. różne rzeczy znając jego słabość do plotek.

Jak zatem wyglądał zwykły dzień pracy w Warszawie? Część pracowników przychodziła jak najwcześniej, aby choć przez kilka godzin można było coś zrobić w spokoju czy porozmawiać jak w normalnym biurze. Z chwilą pojawienia się szefa wszystko się kończyło, gdyż wymagał skupienia na sobie całej uwagi. Niemożliwe były dyskusje na głos, ponieważ chcąc być w centrum zainteresowania wtrącał się czy nawet pouczał innych co powinni robić, a były to tematy często ogólne, poza pracowe. Na pewnym etapie wszyscy dali sobie spokój i pisali wyłącznie na komunikatorze lub uciekali na kawę do kuchni. Są to wydawało się drobne rzeczy, ale kiedy 10 raz ktoś się wtrąca i wykorzystuje swoją pozycję by dać Tobie do zrozumienia, że wie lepiej to już człowiek daje sobie spokój i woli przytaknąć by zaspokoić tą dziwną potrzebę przekonania o wyższości szefa. To był pewien teatr nie tylko wewnątrz zespołu, ale też na open space, gdyż wielokrotnie K. rozpoczynał dzień chwaląc się, że coś udało mu się zrobić i oczekiwał dosłownie, pochwały. Co ciekawe nawet próbując nawiązać jakąś rozmowę, szybko tracił uwagę czy nawet ostentacyjnie dzwonił do kogoś przez telefon. Komunikacja była tylko w jedną stronę. Przerywanie rozmów innym czy wtrącanie się, a w pewnym momencie przesadzanie nawet pracowników, aby nie siedzieli obok siebie wyjaśniło się kolejnym przypływem szczerości dyrektora. Pewnego razu powiedział wprost, że u nas jest taki po prostu “zamordyzm”.

Początkowo wszystkie te dziwactwa czy wypowiedzi wydawały się totalnie losowe, ale z czasem bardziej spinały się w całość. Potrzeba kontroli była K. niezbędna do kreacji wizerunku poza biurem. Mr. Nice Guy lubią zarządzać tym co myślą o nim inni. Akurat niespecjalnie K. przejmował się swoim zespołem, ale wszyscy wokoło byli dla niego bardzo ważni. Dobra opinia odrębnych jednostek to nie tylko “budowanie relacji”, ale przede wszystkim ich wdzięczność oraz potencjalny awans. Jak zatem działało to w praktyce? Zrównanie jak walec zespołu pozwalało na dodawanie zadań pod korek bez możliwości sprzeciwu. Oczywiście górka ciągle rosła, gdy inne działy zrzucały z siebie własne taski. Któż by tego nie robił skoro ktoś na to pozwala. Jest tu też argument dla K. aby zatrudniać więcej ludzi oraz przede wszystkim jego “pozycja w organizacji rosła”. Dzięki temu również mógł sobie pozwolić na prywatne prace, gdyż już na codzień zarządzał wyłącznie ludźmi, co zresztą sam kiedyś podsumował, że “jak by chciał to mógłby tu siedzieć, nic nie robić, tylko pierdzieć w stołek”. Zatem typowy dzień to była prywata, odpytanie co chwila pracowników oraz ich pognębienie np. chodząc za plecami oraz głośno rozmawiając przez telefon patrząc się przy okazji w ekran podwładnego. To zresztą była jedna z ulubionych taktyk, która męczyła i uniemożliwiała skupienie na pracy, tym bardziej, gdy w trakcie swojej rozmowy K. znikąd zadawał komuś pytanie wyrwane z kontekstu i oczekiwał od razu odpowiedzi. Nie ważne, że ktoś coś robił czy miał własnego call-a.

Trzeba jednak przyznać, że K. sprawdzał się w kilku kluczowych sytuacjach. W przypadku awarii faktycznie dawał z siebie wszystko i nawet “grepował logi” mimo, że powinno to robić IT, które zresztą ciągle jak to czasem mówił: “gnębił bez skrupułów”. Natomiast jego pozytywną cechą dla zespołu był przypływ łaski w sytuacjach losowych jak choroba etc, gdzie pozwalał na wyjście do lekarza w czasie pracy lub czasem na pracę z domu. Na tym niestety plusy się kończyły.

Wracając do tematu zarządzania opinią o własnej osobie trzeba wyjaśnić, że dla K ta duża firma to była pierwsza praca po studiach. Nie jest to jakaś wada, ale z pewnością wpłynęła na brak feedbacku swoich zachowań w innym otoczeniu. Przyjął zatem strategię budowania własnej pozycji oraz wizerunku jako dobrego, wspaniałego człowieka, pobożnego, właściciela fundacji pomagającej dzieciom, człowieka wielu talentów. Pomoc innym jest ważna i się chwali, jednak funkcjonując w tym cyrku z czasem wszyscy zrozumieli, że to festiwal wyrachowanego pozerstwa. Niestety tutaj objawia się również pewna niepojęta konstrukcja myślowa, według której, będąc/udając pobożnego przyzwalał sobie na niszczenie własnych ludzi. Normalny człowiek w tym szaleństwie by się zatrzymał, ale po co skoro “nawet mordercy można darować wszystkie grzechy”. Takie podejście jest niebywałym życiowym osiągnięciem jak to lubi określać różne absurdy znany ekonomista Marc Faber.

Miało to jednak wielokrotnie upust w chęci utrudnienia pracy własnym podopiecznym dla czystej zabawy. Przykładowo, gdy ktoś realizował zadanie specjalnie nie otrzymywał wszystkich wytycznych czy innych ważnych informacji, aby się mu nie udało co było okazją do opieprzenia. Gorsze od tego były już tylko sytuacje, gdy wszystko rozgrywało się na tle innych zespołów i sam K. na tej podstawie wyrażał negatywną opinię o danych osobach, ale jako dobry człowiek im cierpliwie “pomagał”. Koniec końców jednym z największych zagrożeń danego taska był sam przełożony, który kiedyś bez ogródek powiedział, że “lubi jak coś się dzieje”. Szczególnie bolesne dla wielu było uczestniczenie w specjalnie uszytych intrygach mających na celu wymęczenie pracowników. Samo biuro współpracowało z dostawcami i nieraz K. zmieniał czyjeś decyzje telefonicznie czy mailowo nie powiadamiając właściciela danego zadania. Ustalał ktoś, coś przez kilka dni? Kogo to obchodzi, nastąpiła zmiana i na następnym callu z zewnętrzną firmą dowiesz się dopiero od nich co zaszło. Miało to na celu zrobienie z ludzi przysłowiowych idiotów, bo tak się czuli w tych nienormalnych sytuacjach. Mało? K. chcąc naprawdę kogoś jak sam mówił “docisnąć” zachęcał innych kierowników do “performowania” własnych ludzi. Robiąc coś dla innych zespołów uczestniczyli z początku nieświadomie w intrygach, gdzie dowiadywali się, dlaczego coś im nie wychodzi i nawet inni przełożeni starali się ich “coachować” z pełnym poparciem K.

Granice absurdu przesuwane były tylko kolejnymi opowieściami z życia najważniejszej osoby. Pewnego razu dyrektor z biura obok, który był naprawdę w porządku, faktycznie prawdziwym managerem, traktując wszystkich przyjaźnie, nawiązał luźną rozmowę z K. Była ona niebagatelna, a słuchała jej spora część open space. Tematy szły szybko, od możliwości wykupienia auta służbowego, przez budowanie domu, aż K wspomniał o problemach zdrowotnych. Ponownie objawia się chęć poszukiwania uwagi, a nawet współczucia wg. strategii Nice Guy. Rozmówca pyta się z troską w czym rzecz, a K bez ogródek mówi, że “wrasta mu tam włosek i nie może czasem siedzieć z bólu”. Tak drogi czytelniku, takie kwiatki bywały w tym cyrku. Część warszawska reagowała na takie sytuacje komentarzami w myślach czy na komunikatorze, bo inaczej byłyby jakieś reperkusje za głośny śmiech.  Ten dyrektor, który zawsze miał sporo klasy, życzył mu zdrowia, będąc trochę zmieszanym. Oczywiście już nie był skory do kolejnych, podobnych rozmów. Ktoś myśli, że to szczyt? Przebijało tą historię opowieść jak to K. grzebał z rana w kale swojego, kilkuletniego dziecka w poszukiwaniu potencjalnie zjedzonej, nieodpowiedniej rzeczy. Co z tego że ktoś je śniadanie, a nawet zespoły obok tracą kontakt z rzeczywistością słysząc te newsy mimo uszu. To nie było normalne środowisko, to był jakiś inny wymiar absurdu. Sam Monthy Python by się tego nie powstydził. Dokładnie, wiele osób pytało się się nie raz, czy to się dzieje naprawdę?  Niestety tak, ale temat ten rozwinięty będzie w kolejnej części.

Tymczasem najlepiej podsumowujący filmik z pogromców duchów:

Jedna myśl nt. „Sztuka absurdu według Ultimate Mr. Nice Guy – część pierwsza

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *